Strona główna Duchowość Upomnienie z miłości: jeśli zrani, On sam uleczy ranę – komentarz do...

Upomnienie z miłości: jeśli zrani, On sam uleczy ranę – komentarz do Ewangelii

0
8
Obraz „Nagana” Claudiusa Jacquanda: brodaty opat z podniesioną ręką upomina młodego zakonnika, który klęczy i płacze przed krucyfiksem.
„Nagana”, obraz Claudiusa Jacquanda, Muzeum Sztuk Pięknych w Rouen. Zdjęcie: Francisco Lecaros

Upomnienie z miłości jest wielkim środkiem zbawienia; kto od niego ucieka, odrzuca Boże lekarstwo.

Redakcja (06/09/2026, Gaudium Press) Całe stworzenie odbija jakiś blask swojego Stwórcy: „Niebiosa głoszą chwałę Boga, dzieło rąk Jego nieboskłon obwieszcza” (Ps 19, 2). Weźmy za przykład zabieg nieodzowny dla zdrowego wzrostu winnej latorośli: przycinanie. Aby winorośl wydała owoce dobrej jakości, często trzeba odciąć to, co zdaje się obiecywać obfite zbiory. Przycinanie przeprowadza się z różnych powodów, znanych rolnikowi: czy to dlatego, że korzenie są słabe, czy też dlatego, że pojawiły się pędy zmniejszające stężenie soku. To, co wydaje się szkodzić roślinie, jest w rzeczywistości mądrością winogrodnika. Czyż zatem przycinanie nie odzwierciedla tego, czym w naszym życiu — z woli Boga — ma być upomnienie z miłości?

Uchylanie się od upomnienia jest szaleństwem

Za centralny temat Ewangelii tej niedzieli możemy uznać upomnienie: „Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy” (Mt 18, 15). Czy upomnienie jest rzeczywiście konieczne, aby posuwać się naprzód w życiu duchowym, w naszym pielgrzymowaniu i walce ku Kościołowi triumfującemu? „Nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie” — słusznie twierdzą filozofowie. Istotnie, jeśli w myśl prawa sędzia będący przyjacielem jednej ze stron jest podejrzany, o ileż bardziej podejrzany będzie ktoś w sprawie, która dotyczy jego samego? Święci porównują tych, którzy uciekają od upomnienia, do chorych obłąkanych i oszalałych, którzy nie pozwalają lekarzowi zbliżyć się do siebie, lecz uciekają od niego, opierają się stosowanym wobec nich lekarstwom i odrzucają je. Porównanie to pochodzi od Ducha Świętego: „Kto napomnienie lubi, kocha mądrość, kto nagan nie znosi, jest głupi” (Prz 12, 1). Dlatego ten, kto nienawidzi lekarstwa i oburza się na lekarza pragnącego jedynie go uzdrowić i uleczyć, jest szalony i obłąkany.

Upomnienie z miłości — wielki środek zbawienia

Upomnienie zawsze uważano za wielki środek zbawienia. Już w pierwszych dniach Kościoła mamy przypadek Apostoła, który wobec wszystkich upomniał świętego Piotra z powodu jego niekonsekwentnej postawy wobec praktyk mozaistycznych, zastąpionych przez Nowe Prawo (por. Ga 2, 11-14). W zakonach praktykę braterskiego upomnienia ceniono tak wysoko, że ustanowiono kapitułę: moment, w którym wspólnota zbiera się, aby rozważyć jakiś punkt reguły i z prawdziwą braterską miłością poprawić popełnione uchybienia, dążąc w ten sposób do doskonałości, do której aspiruje życie zakonne. Opowiada się, że w średniowieczu pewien świątobliwy opat spotkał w swoim klasztorze samego diabła i wypytał go o zło, jakie czyni w każdym pomieszczeniu; diabeł wyznał, że kapitularz jest miejscem, w którym traci wszystkie owoce swoich złych czynów.

Upomnienie z miłości: kochać to upominać i być upominanym

Dziś jednak ludzkość przesiąknięta jest mentalnością, która ucieka od upomnienia. Uciekając od upomnienia, ucieka od miłości, ponieważ nie ma prawdziwej miłości, która pobłażałaby błędowi. Kto miłuje, pragnie jak najszybciej ujrzeć umiłowanego wolnym od wszelkiego zła. Jeśli chodzi o chorobę, szuka lekarstwa, które go ocali, choćby było ono bolesne. Czyż nie byłoby bezmyślnością pozbawiać chorego lekarstwa pod pretekstem oszczędzenia mu goryczy? Czy chodzi o nałóg, o błędną drogę, o złe towarzystwo, czy o tysiąc istniejących okazji do grzechu — kto prawdziwie miłuje, nie zaniecha ostrzeżenia w odpowiednim momencie.

Czy zatem postawę rodziców, którzy widząc swoje dzieci zapadające się w błoto grzechu, zaniechują upomnienia pod pretekstem sprzyjania rzekomej wolności, można nazwać miłością? Jeśli w błędzie są ci, którzy nie przyjmują upomnienia, o ileż bardziej mylą się ci, którzy — obleczeni we władzę domową, cywilną czy kościelną — z niego rezygnują?

Upomnienie oczyszcza, przebaczenie przemienia

Był czas, gdy ludzie mieli więcej wiary i umieli odczytywać Boże pouczenie, rozpoznając rękę Boga za wydarzeniami. Choć nie jest to reguła absolutna, istnieją choroby, klęski żywiołowe, niepowodzenia i nieszczęścia, które są narzędziami Bożego upomnienia. Historia nas tego uczy: trąd Aarona, potop Noego, trzydniowa zaraza wybrana przez Dawida i tak dalej.

Innym razem takie wydarzenia mogą służyć próbie, oczyszczeniu miłości albo cierpieniu za innych, jak czynili Job i Tobiasz, a nawet — całkiem niedawno — święty Damian i święta Teresa z Lisieux. Na nieszczęścia trzeba patrzeć spojrzeniem nadprzyrodzonym: „Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra” (Rz 8, 28).

Kto jest świętszy niż Dawid, mądrzejszy niż Salomon, mocniejszy niż Samson? A jednak wszyscy oni zgrzeszyli, a Bóg w swoim miłosierdziu ich upomniał. Czyż grzeszna ludzkość nie potrzebuje wielkiego upomnienia? Upomnienie z miłości oczyszcza, lecz nie przemienia. Tym, co ją przemieni, jest wielkie przebaczenie, które Matka Miłosierdzia wyprosi u Najświętszego Serca Jezusa. Prośmy Ją o wstawiennictwo, abyśmy w każdym upomnieniu widzieli Boskie Serce gotowe i spragnione tego, by nam przebaczyć: „Chodźcie, powróćmy do Pana! On nas zranił i On też uleczy” (Oz 6, 1).

Marcus Yip

„Nagana”, obraz Claudiusa Jacquanda — Muzeum Sztuk Pięknych w Rouen. Zdjęcie: Francisco Lecaros